Zmartwychwstanie dźwięku

I dlaczego jazz nigdy nie wraca taki sam

przez Jazz Portal

Wielkanoc to dziwne święto. Niby opowiada o powrocie, ale tak naprawdę wszystko w niej dotyczy zmiany. Nic nie wraca w tej samej formie. Jeśli coś wraca — to już inne.

Z jazzem jest dokładnie tak samo.

Zaczyna się od ciszy. Nie tej „ładnej”, tylko tej niewygodnej, w której jeszcze nie wiadomo, co się wydarzy. W dobrym jazzie ten moment nie jest wypełniany na siłę. Muzycy nie spieszą się. Wiedzą, że pierwszy dźwięk ustawi wszystko, co będzie później — tempo myślenia, sposób słuchania, napięcie.

To nie jest kwestia estetyki. To jest decyzja.

I dlatego jazz nie zaczyna się wtedy, kiedy ktoś gra, tylko wtedy, kiedy ktoś decyduje, że już trzeba.

Potem pojawia się temat. I tu kończy się złudzenie, że będzie „normalnie”. Bo temat w jazzie nie jest czymś, co należy zachować. Nie jest świętością. Jest materiałem.

Można go rozciągnąć, skrócić, rozbić, zgubić.

W nagraniach Krzysztofa Komedy słychać to bez żadnych ozdobników. Temat pojawia się jak sugestia, nie jak deklaracja. A potem zaczyna się proces jego podważania. Muzycy odchodzą od niego bez sentymentu. Wracają tylko wtedy, kiedy ma to sens — i nigdy nie wracają w to samo miejsce.

To jest moment, w którym jazz odcina się od większości muzyki. W innych gatunkach temat ma przetrwać. Tu ma się zmienić.

Albo rozpaść.

I właśnie ten rozpad jest najważniejszy. Bo dopiero wtedy zaczyna się coś, co można nazwać myśleniem w czasie rzeczywistym. Improwizacja nie jest dodatkiem. Jest głównym mechanizmem. Każdy dźwięk jest decyzją podjętą bez gwarancji, że była właściwa.

Nie ma wersji ostatecznej. Są tylko kolejne podejścia.

Dlatego powrót tematu nigdy nie jest powrotem. To raczej raport z tego, co się wydarzyło po drodze. Jeśli muzycy zaryzykowali — temat wraca zmieniony. Jeśli nie — wraca martwy.

W A Love Supreme nie chodzi o to, żeby zapamiętać motyw. Chodzi o to, żeby zobaczyć, co się z nim stanie, kiedy zostanie poddany kolejnym próbom. Powtarzalność nie daje tu komfortu. Ona tylko ujawnia, że żadna wersja nie jest wystarczająca.

I to jest moment, w którym jazz robi się ciekawy.

Bo przestaje być muzyką do słuchania, a zaczyna być procesem do śledzenia.

W latach 60. i 70. niektórzy poszli w tym jeszcze dalej. U Pharoah Sanders czy Alice Coltrane forma praktycznie znika. Zostaje ruch. Długie, powtarzalne struktury, które bardziej przypominają stan niż kompozycję.

Można to nazwać duchowością, ale to trochę za proste. To raczej próba wejścia w coś, co nie daje się łatwo nazwać. Muzyka przestaje coś „znaczyć” i zaczyna coś „robić”. Zmienia sposób, w jaki się słucha, a czasem nawet sposób, w jaki się myśli.

Tylko że jest też druga strona.

Można na to spojrzeć bez całej tej narracji o odrodzeniu i sensie. Można uznać, że jazz nie pokazuje żadnego zmartwychwstania, tylko ciągłe próby jego osiągnięcia. Motyw wraca, bo poprzednia wersja się nie udała. Improwizacja trwa, bo nie ma punktu, w którym można powiedzieć „to jest to”.

W tym sensie jazz jest bliżej twórczości Emila Ciorana niż jakiejkolwiek religii. Nie daje odpowiedzi. Nawet nie próbuje udawać, że je ma. Zostawia cię w procesie.

I może właśnie dlatego działa.

Bo nie udaje, że wszystko się układa. Nie zamyka formy. Nie daje poczucia, że coś zostało rozwiązane. Zamiast tego pokazuje, że każda forma jest tymczasowa. Każdy dźwięk — wersją roboczą.

Jeśli coś tu „wraca”, to tylko po to, żeby za chwilę znowu się zmienić.

I może to jest najuczciwsza wersja „zmartwychwstania”, na jaką można sobie pozwolić.

Nie jako wydarzenie.

Tylko jako proces.

Podobne wpisy