Motherless Brooklyn

zapomniany soundtrack

przez Jazz Portal

*Motherless Brooklyn* – jazz z duszą samotnika

Dziś, leżąc na kanapie, wpatrywałem się w półkę z kilkoma setkami płyt CD. Zastanawiałem się, czy wciąż potrafię rozpoznać każdy grzbiet, każdą okładkę, każde wspomnienie zapisane w plastiku i papierze. Większość poznałem bez trudu – pamięć zadziałała jak katalog wewnętrznego archiwum. Ale przy jednym pudełku zawiesiłem się na dłużej. Biało–turkusowa okładka, pozornie niepozorna, jakby wymykała się z kategorii, w których zwykle myślę o muzyce. Nie mogłem przypomnieć sobie tytułu.

Okazało się, że to *Motherless Brooklyn* – soundtrack, który kiedyś kupiłem bardziej z ciekawości niż z przekonania. Sam film Edwarda Nortona nie zrobił wtedy na mnie wielkiego wrażenia. Ale muzyka… muzyka okazała się zupełnie inną historią. Z tych, które wracają nie przez obrazy, tylko przez dźwięki.

Ścieżka dźwiękowa *Motherless Brooklyn* to osobny świat – nocny, gęsty, pachnący deszczem i dymem papierosów. Daniel Pemberton, Thom Yorke i Wynton Marsalis stworzyli coś, co nie jest filmową ilustracją, tylko równoległą opowieścią. Jazz w tym wydaniu nie udaje przeszłości, nie rekonstruuje złotej ery klubów, nie szuka taniej nostalgii. To jazz z brudem ulicy, z oddechem miasta, z melancholią człowieka, który idzie nocą przez Brooklyn, nie wiedząc dokładnie, dokąd.

Yorke napisał „Daily Battles” – balladę, która brzmi jak modlitwa szeptana do siebie. W wersji wokalnej jest delikatna, intymna, trochę rozbita. W jazzowej aranżacji Marsalisa nabiera siły – saksofon i trąbka prowadzą dialog, jakby chciały zrozumieć, skąd bierze się smutek, którego nie da się nazwać. Dwa światy – nowoczesny i klasyczny – spotykają się tu w pół drogi. I właśnie w tym miejscu, w tym zawieszeniu, rodzi się coś prawdziwego.

W książeczce do płyty Edward Norton napisał:

> *„Chciałem, żeby muzyka była duszą tego filmu – żeby pachniała dymem z papierosa, skrzypieniem starej deski podłogowej, i żeby miała w sobie smutek ludzi, którzy szukają prawdy w świecie pełnym kłamstw.”*

To jedno zdanie tłumaczy wszystko. Słychać to w każdym takcie. Sekcja dęta brzmi jak wewnętrzny monolog bohatera – raz stłumiony, raz gwałtowny. W utworach Pembertona czuć miasto: stukot butów na mokrym bruku, echo saksofonu odbijające się od ścian. Ta muzyka nie jest perfekcyjna – i dobrze. Bo idealność zabiłaby jej sens.

To, co najbardziej wciąga w tym soundtracku, to jego szczerość. *Motherless Brooklyn* nie próbuje się podobać. Nie ma w nim chwytów pod publiczkę ani producenckiego połysku. Jest natomiast napięcie, puls i przestrzeń, które razem tworzą dźwiękowy odpowiednik samotności. Kiedy słucham tej muzyki wieczorem, czuję, że Nowy Jork staje się metaforą – miasta w nas samych.

Yorke przynosi ze sobą współczesną wrażliwość, Marsalis – tradycję i rzemiosło, Pemberton – filmową narrację. Wspólnie tworzą coś, co wykracza poza gatunki. To jazz noir, ale nie retro; emocjonalny, a nie sentymentalny. Brzmi tak, jakby Miles Davis i Thom Yorke spotkali się w zadymionym barze, by przez chwilę pomilczeć razem w rytmie ¾.

Dziś myślę, że ten biało–turkusowy grzbiet powinien być widoczny na mojej półce. To nie jest soundtrack do zapomnienia. To płyta, która przypomina, że jazz może być wciąż opowieścią o człowieku – nawet w świecie, który coraz mniej słucha.

Film dawno uleciał z pamięci. Ale muzyka została. I wciąż pachnie dymem, deszczem i prawdą.

 

Podobne wpisy